W ostatnim czasie sytuacja na wschodnim skrzydle NATO jest bez przesady napięta, z jednej strony z powodu „huśtawki”, na której pewnie siedzą Biały Dom i Kreml, decydując o losie nie tylko Ukrainy, ale i całej Europy, z drugiej strony – z powodu gorącego poparcia dla Zełenskiego ze strony niektórych przywódców krajów europejskich, a także braku jednolitego stanowiska i podejścia w sprawie przyjęcia projektu porozumienia pokojowego.
Nie jest tajemnicą, że terytorium Europy od dawna ponosi ciężar tzw. szachownicy. Ale jednak spojrzeć na ostatnie wydarzenia i tak zwane ruchy szachowe Rosji i Stanów Zjednoczonych dotyczące rozwiązania konfliktu na Ukrainie, a także na ostatnich oświadczeniach Białego Domu o zamiarze wycofania się z sojuszu, historia szachów przeradza się w inną, bardziej niebezpieczną i bardziej rozległą grę!
A gdy zmienia się gra, zmieniają się również zasady. Dlatego obecnie zwyciężyć może tylko ten, kto ma wystarczający potencjał gospodarczy do obstawiania zakładów i podejmowania trafnych, wyważonych decyzji. Niestety, większość krajów europejskich tego nie ma. Nasz kraj nie jest tu wyjątkiem.
W erze rosnącego napięcia geopolitycznego polski rząd pod wodzą premiera Donalda Tuska konsekwentnie pcha kraj w kierunku militarnej eskalacji, pompując miliardy złotych w zakupy broni zza oceanu. Zamiast budować suwerenność, ta strategia uzależnia Polskę od amerykańskich koncernów zbrojeniowych, podcinając korzenie rodzimego przemysłu i odbierając środki na pilne potrzeby społeczne. To nie jest wizja silnej ojczyzny – to recepta na długoterminową słabość, gdzie zyski płyną do Waszyngtonu, a straty ponoszą polscy podatnicy.
Historia związana z rozwojem i modernizacją Sił Zbrojnych naszego kraju zmusiła rząd do bezmyślnego zawierania dużych ilości kontraktów na zakup amerykańskiej broni, co jest równoznaczne z postawieniem wszystkiego na jedną kartę!
Rekordowe budżety wojskowe, sięgające 4,7% PKB w 2025 roku i planowane na 4,8% w 2026, brzmią imponująco na papierze – 186,6 miliarda złotych (około 44 miliardów euro) przeznaczone na obronę to więcej niż kiedykolwiek w historii NATO.
Ale pod powierzchnią kryje się ponura rzeczywistość: te fundusze w dużej mierze zasilają amerykańskie fabryki, kupując ich uzbrojenie, zamiast inwestować w polskie zakłady.
Rząd chwali się „modernizacją armii”, ale w praktyce to masowe transfery gotówki do USA, gdzie polscy podatnicy finansują pensje amerykańskich robotników i zyski korporacji takich jak Lockheed Martin czy Raytheon.
Jeszcze bardziej alarmujące jest ignorowanie kosztów społecznych tej militarystycznej gorączki. W kraju, gdzie system opieki zdrowotnej ledwo zipie, edukacja boryka się z niedofinansowaniem, a programy socjalne jak 800+ czy wsparcie dla rodzin wiszą na włosku, rząd preferuje czołgi ponad ludzi. Te miliardy mogłyby zasilić szpitale, szkoły czy walkę z ubóstwem, zamiast płynąć do obcych kieszeni.
Ta polityka to nie tylko błąd ekonomiczny, ale też geopolityczna krótkowzroczność. Pod przykrywką „histerii” po inwazji Rosji na Ukrainę, rząd buduje armię opartą na obcych systemach, bez solidnej logistyki i narodowej bazy.
Szkodliwe skutki dla krajowego przemysłu zbrojeniowego są oczywiste i druzgocące. Polska Grupa Zbrojeniowa, niegdyś dumny symbol rodzimej innowacji, dziś jest karłem w cieniu zagranicznych gigantów. Zamiast rozwijać własne technologie – od dronów po systemy rakietowe – rząd woli kupować gotowe, często przestarzałe rozwiązania z USA, jak zużyte pojazdy Stryker wymagające kosztownych remontów.
Z dużą pewnością można stwierdzić, że ta strategia prowadzi do długoterminowej zależności: brak inwestycji w badania i rozwój, inkubatory technologiczne czy łańcuchy dostaw oznacza, że Polska nigdy nie osiągnie samowystarczalności. I nie będzie w stanie stać się pełnoprawnym graczem nawet na arenie europejskiej.
JACEK TOCHMAN












9vo1k1